piątek, 6 sierpnia 2010

Armenia- zapraszam na salony

oto mój nowy  'domek'
oto drzwi do mojego nowego mieszkania
wejście do klatki schodowej
raj dla instalatorów
żółte skrzyneczki, jedna moja!
sypialnia
kuchnia
a na lodówce jest nawet kwiatek
i bardzo ozdobna doniczka
czekało na mnie na stole kuchennym...
...zamieniłam na chleb i owoce

czwartek, 5 sierpnia 2010

Estonia - Praca

Zwiedzanie zwiedzaniem, sprzątanie sprzątaniem, ale istotą mojego wyjazdu ma być przecież ciężka, niewolnicza praca. Po dwóch tygodniach chodzenia do ośrodka muszę jednak powiedzieć, ze generalnie nie jest źle :) JUKS to taki trochę polski dps, ale jeśli chodzi o warunki prezentuje się naprawdę nieźle. Mebelki eleganckie, łazieneczki jak z saskiej porcelany, wszystko lśni. Pytałem się czy nie mają jednego wolnego pokoju, ale niestety. Miejsce położone jest z 10 minut spacerkiem przez mały lasek ode mnie. Prosto do przejścia przez ulicę, skręcić za sklep, przejść leśną ścieżką, przez dziurę w płocie i już jest się na miejscu.

Na razie, ponieważ są wakacje, miejsce jest dośc puste - jest tylko 10 mieszkańców. We wrześniu codziennie rano pojawiać się będzie druga dziesiątka - będzie to grupa autystyków (bo ten dom jest jednocześnie ośrodkiem całodobowym dla tej dziesiątki, jak i ośrodkiem pobytu dziennego dla drugiej). Zawsze jest też tylko jeden pracownik (co przy dziesiątce jest do zrobienia, chociaż kiedy np. dzwoni ktoś do drzwi trzeba już spuścić z oczu całą gromadkę, a czasem wystarczy sekunda nieuwagi by coś się stało; ale przy dwudziestce wydaje mi się już trudne do ogarnięcia). Dlatego też mój projekt zaczął się tak wcześnie - chcieli mieć pomocnika jak najszybciej.
W tej dziesiątce zróżnicowanie jest duże - są 3 osoby, które nie mówią, z czego dwójka ma generalnie duże trudności z komunikacją, zwykle siedzą i kiwają się. Rozpiętość wieku: od 21 do 50 lat. Dysfunkcje też przeróżne. Jest dziewczynka (właściwie nie dziewczynka, ale naturalnym jest chyba, że już po chwili zaczyna traktować się mieszkańców nieco jak dzieci) z zespołem Downa, 50-letni facet który ponoć wcale upośledzony nie jest ale nie ma dokąd pójść, są nawet bliźniaczki :-) Czworo mieszkańców chodzi do szkoły, ale skoro są wakacje, całe dnie spędzają w domu.

I tu wkraczam ja :) Moim zadaniem na ten moment jest nawiązanie relacji ze wszystkimi, dostarczanie im rozrywki, zajęcia. Chodzę codziennie na 3,5-4 godziny i w trakcie tego czasu rysuję, gram w chińczyka, układam puzzle, prowadzę burzliwe dyskusje (co jak się okazuje jest możliwe nawet jeśli nie zna się języka), czasem wyjdę z kimś na spacer do pobliskiego lasku, byłem też na placu zabaw. Nie jest to szczególnie stresujące zajęcie - jeśli wszystko idzie zgodnie z planem. Rzadko kiedy jednak cokolwiek dzieje się zgodnie z planem. Bo na przykład:

- podczas mojego pierwszego spaceru, pierwszego dnia, jedna z mieszkanek dostała okresu, o czym usilnie próbowała mi powiedzieć po estońsku. A ja zamiast zaprowadzić ją do domu, pogoniłem w las.

- kiedy mieliśmy wyjść pograć na powietrzu w badmintona, Kostja zapomniał swojej czapki - a bez czapki nie wyjdzie na słońce nawet na sekundę, nawet jeśli ma przejść tylko za budynek, bo tam jest zacieniona łąka. Moja znajomość estońskich słów "słoneczko" i "chmurka" na nic się przydała, usiadł pod krzakiem i siedział tam pół godziny.

- siedzimy, oglądamy sobie estońskie "Śpiewające fortepiany". Nagle ni stąd ni zowąd Jelena podchodzi do szafki, wyciąga z niej "Monopol" i sruuuuuuu wszystkim dokoła. Wszędzie latają monopolowe pieniądze i domki. Kostja dostaje kostką w głowę i się denerwuje, Jan Eriik zaczyna piszczeć, Kristi z radości wydziera się w niebogłosy, po czym leci po inną grę planszową i sama sruuuuuuuu, tyle że z dwa razy większym rozmachem :-)

Tutaj w parku:


Kostja i Marco:


Jaan-Erik i bliźniaczki, Ibli i Diana:


Kristi:


Tak to więc wygląda. Czasem dostaję jednak zadania specjalne. Tak było na przykład dzisiaj. Anne (pracownica, która sprawia wrażenie "najostrzejszej") wymyśliła, że pójdę do sklepu. Anne nie mówi po angielsku (raz powiedziała do mnie "help me" ale to raczej się nie liczy), ale wydaje się sądzić, że jeśli będzie mówiła do mnie dwa razy głośniej po estońsku to wszystko zrozumiem. To samo tyczy się chyba pisania, bo wręczyła mi do ręki portfel z pieniędzmi i taką oto listę:



Dostałem jeszcze reklamówkę, pelerynę przeciwdeszczową, jedną z bliźniaczek do pomocy i szoruj do Biedrony! No i poszorowałem. I muszę powiedzieć, że kupiłem wszystko jak należy! W sumie nie było to takie trudne - dałem kartkę pracownicy sklepu a ona przemaszerowała z nami przez cały sklep i zapakowała wszystko do koszyka. Anne była ze mnie bardzo zadowolona! :-)

sobota, 24 lipca 2010

Mołdowa pt. 1

Tak w ogóle to cześć. Teraz moja kolej - megafona od literki m jak Kiszyniów. Jestem tu już prawie dwa tygodnie i nadal za dużo nie potrafię powiedzieć o tym mieście. Także będzie o rzeczach najważniejszych, które najbardziej utkwiły w mojej pamięci:

1. BIURO ADVIT- czyli miejsce mojego projektu

to nie jest moje biuro

ale to już tak, jak widać jest bardzo swojsko

2. bezpańskie PSY - są wszędzie i atakują w nocy walijskich wolontariuszy. i dzikie koty też

3. KOMUNIKACJA MIEJSKA- jest fatalna. rzadko jeżdżące trolejbusy i marszrutki, w których zazwyczaj jest tłoczno (raz prawie siedziałem na kierownicy)


tu jedna z marszrutek (gdzieś na zdjęciu) i budynek w interesujące wzorki

4. uroki KISZYNIOWA


na pewno jest fajnie położony, jakieś wzgórza i podobne historie

i bloki - kolejny swojski element

i jest zielono, dużo parków. a to akurat widok z okna mojego mieszkania

5. kategoria INNE

billboard, który znajduje się na co drugim skrzyżowaniu. trochę dziwna historia: mołdawski polityk wraz ze zwierzchnikiem jednego z kościołów (sympatyzującego z Rosją) zakładają partię. aha, ale to może być nieprawda, ktoś mógł mnie wkręcić. w każdym razie fajny ten billboard.


jak się powiększy to widać co się tu czyta. chyba coś o mireasie, ale nie wiem co to znaczy

"mołdawska pralka" pozdrawia "estońską lodówkę"

W kolejnych odcinkach: Kiszyniów by night; dlaczego nie lubię mamałygi i wiele innych. Żartowałem, nie wiem co się tam znajdzie. Mam nadzieję, że będzie od czapy.

czwartek, 22 lipca 2010

Estonia - Cztery kąty...



... czyli szybki przegląd, czym zauroczyło mnie wolontariackie mieszkanie.



Przytulny "living room".



Balkonowe drzwi w stylu vintage.



Na balkonie więcej vintage - sowiecka chłodziarko-zamrażarka.



Mój pokój.



Czy tylko ja mam takie wrażenie, czy te drzwi są rzeczywiście nieco krzywe?



Żar ze środka sygnalizuje, że ktoś korzysta z toalety. Uwagę zwracają również mosiężne "gałki".



Rurki i rureczki.



Swojski brudek.



Salon kąpielowy w pełnej krasie.



Sztuka nowoczesna - modernistyczna instalacja w salonie kąpielowym.



W kuchni zastosowano modułowy system mebli.

Estonia calling!

W końcu, po przymusowej abstynencji spowodowanej zepsutym komputerem jestem! Megafon Przemek od niedzieli w Tallinnie, zaczyna swoje evsowe szaleństwo. Na razie pod znakiem szczoty i szmaty, i samotności. Pozostali wolontariusze pojawią się tutaj dopiero we wrześniu, wcześniej (w sobotę) na miesiąc pojawią się dwie osoby z Polski (stażyści, nie wiadomo skąd, ale mam ich odebrać z dworca). Cieszy mnie to, bo te cztery pustelnicze dni odbiły się mocno na mojej psychice. Brak internetu, brak bratniej duszy spowodowały, że:

- dwukrotnie odwiedziłem estońską Biedronkę (Säästumarket)
- dwukrotnie odwiedziłem estoński hipermarket Rimi
- jednokrotnie odwiedziłem centrum handlowe Prisma (wraz z supermarketem w środku)
- jednokrotnie odwiedziłem centrum handlowe kaubamaja + Viru
- jednokrotnie odwiedziłem Muzeum Okupacji
- dwukrotnie odwiedziłem Stare Miasto (jest takie piękne, że uczciłem to wielkimi literami)
- byłem nad morzem.

Ponadto z lubością oddałem się czynnościom porządkowym. Mieszkanie tego wymaga. Jest brudne i zapuszczone. Ostatni lokator wyprowadził się dzień przed moim przyjazdem, zostawił mi dwie paczki Laysów, opakowanie makaronu, słoik dżemu i 3 kurze jaja, ale jednocześnie zostawił wielki syf.

Poza tym wspaniała wieść: nie muszę zbierać rachunków! Marco, Brazylijczyk, mój koordynator, który dwa lata temu sam przyjechał na evs i dostał tu pracę, powiedział tylko "I don't like this fucking rule, it is stupid". Marco jest super.

Z pozostałych ciekawostek warto wymienić, że jest godzina 23, a jeszcze jest jasno. I gorąco, około 19 robi się nie do wytrzymania. Teraz będzie się ściemniać, ale w lipcu całkowita noc nie nastaje - jest szaro, potem szarzej a od 3 nad ranem znów robi się jasno.

Estończycy wydają się też być przywiązani do mleka w foliowym worku - łatwiej kupić takie, niż w kartonie. W ogóle wydają się być miłośnikami folii - jogurty, majonez, kefir, musztarda, keczup - wszystko w worach. I wcale nie mówią tak super po angielsku, jak to było opisane w moim przewodniku (co akurat jest budujące :)). Da się jednak odczuć ich zdystansowanie i chłód.

Byłem też w swojej "pracy", zrobiła na mnie całkiem niezłe wrażenie. A już najlepsze wrażenie zrobiła szefowa, która powiedziała "Korzystaj z pogody, idź, zwiedzaj, odpoczywaj. Widzimy się w poniedziałek".

Mimo, że chłodni, da się jednak Estończyków lubić :-)